Ao Nang, czyli pierwszy krok do nieba

CAM00398
Po ciężkim tygodniu nadszedł czas na aktywny i bierny odpoczynek. Totalny reset, słońce, plaża i widoki, które do tej pory oglądałam co najwyżej w jakości HD.

Ao Nang w okręgu Krabi to pierwszy punkt typowo wypoczynkowy na naszej drodze w Tajlandii. Bardzo zielono, wieje przyjemny wiatr od strony morza. Jest tu o niebo spokojniej niż w Bangkoku, porządniej. Ao Nang bardziej przypomina znane nam z Włoch kurorty nadmorskie.
Dzień zaczynamy od telefonu do Nosey Park, żeby umówić się na 2-3 godzinny trekking na słoniach po dżungli. O 14.00 przyjeżdża po nas minibus i po kwadransie jesteśmy na miejscu. Miejsce jest bardzo spokojne, czuć dobrą armosferę i odnoszę wrażenie, że trafiłam w dobre miejsce. Dużo czytałam o tego typu „atrakcjach”, które związane są ze zwierzętami i to jedyna opcja, na jaką się zdecydowałam (słoń pracuje kilka godzin dziennie, ma duży teren i względną swobodę, zacienione miejsca do odpoczynku i spore towarzystwo).
Nie byłabym sobą, gdybym nie zdecydowała się na przejażdżkę solo i na oklep. Skóra pięknej 48-letniej słonicy, na której wędrowałam przez godzinę przez las, okazała się calkiem mięciutka, pokryta toporowatymi włoskami. To cudowne uczucie przebywać w tak bliskim kontakcie z potężnym zwierzęciem, jakim jest słoń. Kiedy obserwuję jej opiekuna, który na odległość towarzyszy nam przez całą drogę, widzę, że tworzą niezwykłą więź. Przez całą godzinę rozmawiamy o Tajlandii, zwierzętach, dżungli, ale przede wszystkim sytuacji słoni i ich życiu w tym kraju (opiekun porozumiewa się ze słonicą głosem, nie używa tych charakterystycznych młoteczko-sierpów, które ułatwiają życie opiekunom słoni).
Ze słonia udało mi się:
– spotkać małego krokodyla
– zauważyć małpę skaczącą po palmie
– zabrać na pamiątkę odrobinę kauczuku
– nakarmić tegoż słonia liściami, które zrbrałam po drodze z gałęzi bliżej mi nieznanego drzewa.
Totalnym zaskoczeniem okazał się planowany trekking pieszy po dżungli. Po 5 minutach się zakończył dość nagle po tym, jak właściciel parku, idący przede mną i M. niemal nastąpnął na olbrzymią kobrę któlewską. Wszyscy osłupialiśmy, po czym nasz gospodarz zawinął się z powrotem do bazy. Zanim się otrząsnęliśmy, jego już tu nie było i powoli uświadamiając sobie, co nam się mogło przytrafić, ruszyliśmy niepewnym krokiem z powrotem do ośrodka.
Nasz przewodnik i właściciel w jednym trząsł się ze strachu przez najbliższą godzinę. Przyznał, że przez lata nie widział na tej ścieżce kobry, a co dopiero – tak dużej (metr to to miało napewno, a może nawet do dwóch?). Także moja wizyta w Nosey Park została niezwykle wyróżniona. Za 800 bahtów (+200 bahtów dla opiekuna słonicy) mogłam przeżyć kilka pierwszych razy na raz. Ten z kobrą królewską gratis.

Podaj dalej

  • http://www.blogger.com/profile/17039009653621645829 fenomenalnie

    no trekking przez dżungle był… eee szybki :D

    ach jak cudownie <3 normalnie czuję jakbym była tam wczoraj ^_^