Borneo – Bako National Park [Malezja]

wpid-gopr1615_1455781892385_low.jpg

Nigdy nie przypuszczałam, że mieszkanie w lesie deszczowym jest tak wyczerpujące. Nawet, jak masz swoje łóżko i własny zimny prysznic do dyspozycji.

Jest jeszcze wiatraczek i prześcieradło do przykrycia się. Można pożyczyć plastikowe krzesło, na którym wywiesi się mokre rzeczy do wyschnięcia, które nie nastąpi nigdy. W nocy deszcz jest tak ulewny, że nie wiesz, czy nie obudzisz się na arce Noego. Przed każdą wizytą w toalecie sprawdzasz zakamarki w poszukiwaniu pająków (lubią baraszkować w rolce papieru toaletowego). Potem budzi cię stado makaków, przeprawiających się po twoim dachu w poszukiwaniu nowych pomysłów na psoty. Kiedy rano wychodzi słońce, gęstość powietrza rośnie i już wiesz, że niezależnie, czy wstaniesz i zmobilizujesz się do marszu, czy pozostaniesz w łóżku – nie będzie sielankowo.

image

Park Narodowy Bako

Bako to najstarszy i największy park narodowy w stanie Sarawak. Mimo że nie mieszkają tu orangutany, zakres gatunków fauny i flory jest naprawdę imponujący i w pełni reprezentatywny dla klimatu tropikalnego (na Langkawi panuje klimat subtropikalny).

Na Borneo spędziliśmy w Bako 3 noce. Ponieważ to ostatni przystanek naszej 3-tygodniowej wędrówki po Malezji, nasze zmęczenie i podatność na wszelkiego rodzaju kontuzje i choroby (m.in po przyjmowanym przeze mnie antybiotyku na zatoki) dały się we znaki.

Żeby dostać się do parku, wzięliśmy taksówkę do przystani (53 RM), po czym dowiedzieliśmy się, że przegapiliśmy ostatnią łódkę na teren parku (kursują w godzinach: 8:00-17:00). Chwilę trwało, zanim jeden z localsów zgodził się przeprawić naszą czwórkę swoją łódką. 100 RM za wszystkich, nie ma targowania. Pan śmieje się, że ma też miejsca w domu, możemy u niego zanocować i poczekać na pierwszą łódkę rano dnia następnego.

image

Przeprawa łódką do Bako

Zgadzamy się na cenę i czekamy na łódkę na przystani. W oczy rzuca się duża tablica ostrzegająca przed aligatorami w rzece. Kilka metrów ode mnie siedzą na ławce miejscowi chłopcy. Śmieją się, bawią martwym wężem, szturchając jego szczątki kijem.

Przeprawa przez rzekę, a następnie pokonanie odcinka na otwartym morzu dostarcza nam więcej adrenaliny niż skuter wodny. Trwa przypływ, nadchodzi burza, a fale rosną w błyskawicznym tempie. Zdajemy sobie sprawę, że na łódce nie ma kamizelek ratunkowych, nasze bagaże miotają się na wszystkie strony a my sami, próbujemy nie stracić załogi przy każdej następnej fali, która niemal przewraca nas na bok.

W końcu, po 30 minutach dopływamy do brzegu. Wskakujemy do wody, która sięga do łydki i zabieramy ze sobą bagaże. Nadchodzi zmrok. Widzimy ścianę lasu i niski budynek wyłaniający się spomiędzy gałęzi. „Taman Negara Bako”, informuje tablica. Jesteśmy na miejscu.

Czekamy godzinę, aż ktoś z personelu przyjmie nasze zameldowanie. W tym czasie możemy zjeść kolację w formie bufetu. Wybór nie jest największy, prawie wszystko już wystygło. Jesteśmy wygłodniali, więc nie narzekamy za bardzo. Jedna porcja ryżu z 2 kawałkami kurczaka i odrobiną sałatki kosztuje ok. 17 RM. Trip Advisor sugerował, że nie będzie smacznie, ale miało być tanio. Do tego puszka miejscowego piwa, Tigera – 8 RM.

Niebawem meldujemy się w naszym pokoju. Wynika małe zamieszanie, bo w naszym pokoju są czyjeś rzeczy. Wracamy. Okazuje się, że to nie ten pokój, tam już nikogo nie powinno być. Bierzemy inny, tu już jest pusto. Spartańskie warunki, 4 pojedyncze łóżka w pokoju i połączony z nim klozet i prysznic. Część ścian stanowi metalowa siatka. Musi być przewiew, w końcu nie ma tu energii wystarczającej na utrzymanie klimatyzatoròw.

Całą noc leje. Nie wiem, czy to jeszxze deszcz, czy już wodospad. Jest tak głośno, że co jakiś czas się przebudzam. Staram się jednak usnąć. Oby nie trzeba było iść do toalety po ciemku. Nie wiem, gdzie zostawiłam lampkę do Kindle’a.

Wstaje dzień i nadal leje. Ubieramy się, w końcu nie ma czasu na narzekanie. Idziemy na śniadanie i już po przejściu kilkuset metrów do kantyny jesteśmy totalnie przemoczeni. Po śniadaniu podejmuję decyzję: nie idę na trekking. Nie czuję się dobrze.

Po 15 minutach wraca do pokoju reszta drużyny. Deszcz jest tak intensywny, że wszyscy rezygnują. Widzę, że inne pokoje też czekają na przejaśnienie. Drzemiemy jakąś godzinę. Wychodzimy na taras, teraz już tylko kropi. Albo teraz, albo nigdy. Wychodzimy. Wychodzę i ja. Jestem bardzo sceptyczna, ale zmuszam się do milczenia i posłusznego marszu za resztą.

Robimy średnią trasę (2.5 km w jedną stronę). Szybko okazuje się, że to trudny szlak. Wpinamy się na górę, potem schodzimy. Wspinamy się po gałęziach, żeby potem zeskakiwać ze skał. Trzeba bardzo uważać. Wszystko przypomina węże, skały mieszają się z błotem, w którym zapadam się po kostki. Koncentracja na maksymalnych obrotach. Trochę żałuję, że nie potrafię się upajać tym miejscem. Staram się nie rozglądać w obawie, że zobaczę coś żywego, że dostanę napadu paniki. Powietrze wokół jest takie inne, tropikalne, ale jeszcze gęstsze. Tak jakby przepuszczanie go przez płuca wymagało dodatkowych nakładów energii.
image

Po niecałych dwóch godzinach docieramy do punktu widokowego. Stoimy na niesamowicie spektakularnej i nieznanej mi skale. Jej pofałdowana struktura przypomina mi wygląd czegoś, co powstało w wyniku działania wulkanu. Nie znosiłam tej działki geografii: skały, fałdowania, minerały – to było takie nieużyteczne. Obiecuję sobie, że sprawdzę po powrocie, co to może być za twór.
image

Kończymy trasę potwornie zmęczeni i lekko odwodnieni. Z wielką nadzieją wkraczamy na stołówkę. Niestety do jedzenia to samo co wczoraj. Nie wybrzydzamy. Wszystko smakuje, nawet zimny makaron.
image

Wieczorem dołączamy do nocnej ekipy i idziemy 8-osobową grupą na night walk z 3 przewodnikami. Chłopaki mają mocne latarki i chyba niczego się tu nie boją. Z nimi czuję się bezpieczniej niż w środku dnia na szlaku. Wsłuchuję się w nocne odgłosy dżungli. Jest gwarno. Od razu słychać, że las budzi się po zmroku. Nelson z Bako idzie pierwszy, ale cała trójka świeci po drzewach w poszukiwaniu dzikich zwierząt i upewnia się, że droga jest bezpieczna.
image

image

Dostrzegamy kilka gatunków jadowitych żab, leniwca wylegującego się na drzewie, kilka pająków i gigantycznych patyczaków. Na koniec łapie nas deszcz, więc szybkim marszem kierujemy się do ośrodka.

Następnego dnia robimy 2 krótsze trasy, ale nie mniej męczące. Trochę się relaksujemy i korzystamy z możliwości zanurzenia się w lekturze książki w towarzystwie makaków i… dzikich świń, które stale pasą się między zabudowaniami parku i naszymi domkami.

Pracownicy parku są bardzo przyjacielscy i nad wyraz wyluzowani. Podobno podczas ostatniej rekrutacji na przewodników, na 3000 kandydatów wybrano 20. Zastanawiam się, ile zarabiają. Prestiżowa posada, niemal elitarna – 28 dni w miesiącu bez bliskich, odcięci od świata, przez 90% wolnego czasu ogladają kreskówki i filmy na wspólnym telewizorze w kantynie. Moja psychika by tego nie wytrzymała. Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Po trzech nocach w Bako (pokój 4-osobowy to 50 RM za noc) mam dość dżungli i tęsknię za cywilizacją. Brak internetu nawet mi nie popsuł humoru, bardziej uciążliwe okazały się zmiany pogody i fakt, że obecnie WSZYSTKO w moim plecaku jest mokre albo co najmniej wilgotne.

Droga powrotna łodzią to kolejna dawka adrenaliny. Przy przystani czeka na nas taksówkarz, który oferuje 100 RM za podwiezienie na lotnisko. Zgadzamy się, w końcu autobusy nigdy nie przyjeżdżają tu na czas.

Jeśli wybieracie się do Parku Narodowego Bako lub innego lasu deszczowego na trekking, zabierzcie ze sobą:

1. Latarki czołówki – ja swojej nie miałam, ale na pewno czułabym się raźniej i więcej bym skorzystała z nocnej wyprawy do dżungli, posiadając własną.

2. Buty trekkingowe – mogą być płaskie, mogą być sandały trekkingowe, ale najbardziej polecam trekkingi za kostkę. Na trasach warunki są różne. Nie są łatwe. Trzeba się przygotować na „schody” usłane korzeniami, wielkie bajora, spróchniałe konary i rozpadające się kładki. Buty, które stabilizują kostkę – przydatna sprawa!

3. Spray’e na insekty – przydadzą się różne rodzaje, uzupełniające się nawzajem. Na miejscu, w Kuching, kupiliśmy specyfik w kulce do ciała, spray do ubrań oraz osobny spray do twarzy. Użycie tych preparatów, w momencie w którym nie stosujecie profilaktyki antymalarycznej, jest absolutnie priorytetowe. Nawet przed snem.

4. Filtry przeciwsłoneczne – 50+, zaufajcie mi. Podczas 2 tygodni w Tajlandii nie doświadczyłam takiego słońca jak w Malezji i zwłaszcza tu, podczas marszu po skałach. Nie zawsze świeci słońce, ale jak świeci – to działa na pełnych obrotach, przypiekając każdy centymetr nieosłoniętego ciała. UWAGA: filtry aplikujemy na ciało na co najmniej 15 minut przed stosowaniem repellentów przeciw owadom. W przeciwnym razie, odstraszacze owadów nie będą skuteczne.

5. Okulary przeciwsłoneczne – najlepiej sportowe. Kiedy wychodzi się z lasu, światło potrafi być bardzo ostre, co niezwykle męczy oczy.

6. Woda i jedzenie – wodę można zakupić w jadalni parku. Pamiętajcie: na trekking w lesie deszczowym zabieramy 2 x tyle wody, ile wzięlibyśmy w naszym klimacie.  Sama o tym wiedziałam i wzięłam z Maćkiem jedną dużą butlę na 6 km trekking. To nie było zbyt mądre.
Oprócz tego przydadzą się wysokoenergetyczne smakołyki, batony etc. Na swój trekking wybrałam się podczas antybiotykoterapii. Czekolada ratowała mnie podczas chwil słabości.

7. Jasne i wygodne ubrania szybkoschnące – ciemne przyciągają insekty. Bardzo polecam spodnie z odpinanymi nogawkami (używam Mountain Warehouse). Dzięki temu, kiedy świeci słońce, można cieszyć się swobodą ruchów i nie grzać ponad konieczność.

Podaj dalej

  • Marta Daria Nowakowska

    Rozumiem doskonale, właśnie dlatego po 4 tygodniach w Indonezji, będąc już w Malezji postanowiliśmy zostać w jednym miejscu i odpocząć trochę, a dalsze zwiedzanie Malezji odpuściliśmy na inny raz.

    W Indonezji też nasze rzeczy były permanentnie wilgotne! Jak coś się zmoczyło to już nie było opcji żeby wyschło tak zupełnie. Dopiero w Malezji przyszło nam się cieszyć zupełnie suchymi rzeczami :)

    Teraz pozdrowienia z Moskwy! Do rana czekamy na nasz lot do PL. Bezpiecznego lotu i do zobaczenia, tym razem w Warszawie :)