Kambodża, część pierwsza

CAM00388

Od 10 minut myślę, jak zacząć. Żeby nie było patetycznie ani histerycznie. Moich przemyśleń dotyczących tego miejsca nie chcę uzewnętrzniać. Tego nie potrafię opisać, a nie uważam się za osobę łzawą. Do Kambodży pojechałam z lękiem o własne bezpieczeństwo, trochę o zdrowie. Nie przypuszczałam, że wchodząc w to społeczeństwo – ludzi bardzo pokornych i pracowitych – ostatnie, o czym odważę się pomyśleć to moja własna wygoda.
Kraj trzeciego świta. No pewka, oglądało się trochę filmów. Czytało namiętnie National Geographic. Ale przyjeżdzasz tutaj, opuściwszy Europę po raz pierwszy w życiu i po prostu nie wiesz, jak poradzić sobie z tym, co widzisz.
To nie jest po prostu bieda. To ciężar dość świeżej historii, która odcisnęła niewyobrażalne piętno na tych ludziach. Oni nie krzyczą, są pogodni i uśmiechnięci. Twój dolar pozwala im żyć, dlatego już kilkuletnie maluchy podążają za białym, próbując sprzedać magnes, pocztówkę, koraliki.
**
Kiedy skończyły mi się jednodolarówki, wiedziałam, że będzie jeszcze trudniej. Próbowałam uciekać wzrokiem. Potem pękłam i zaczęłam płakać. Chyba z bezsilności. Pewne rzeczy po prostu trzeba zaakceptować, ja teraz jeszcze nie potrafię.
**
Po długiej i pełnej nieprzyjemnych przygód podróży przez granicę z Tajlandią i Kambodżą byliśmy wykończeni do granic możliwości. Bus zostawił nas na „dworcu”, ciemnym klepisku jakoś po godz. 21.00 ( mieliśmy dojechać o 17.00). Tam już czekali kierowcy tuk-tuk-ów. Na początku się przestraszyłam. Otoczyli nas ze wszystkich stron, każdy próbował znaleźć klienta. Wytargowaliśmy podwózkę za 6 dolarów. Młody chłopak miał chyba najbardziej zdezelowany pojazd w całym Siem.Reap. Zapakował nam bagaże, uśmiechając się trochę nieśmiale. Powiedział, żebyśmy mu zaufali, że zawiezie nas do pokoju i chętnie potowarzyszy nam dnia następnego. Nie ma pracy i będzie na nas czekał.
Chociaż mieliśmy od znajomych namiar na innego kierowcę, zdecydowaliśmy, że chcemy wybrać właśnie jego. Chyba każdy czuł pod skórą, że jest to człowiek niezwykle sympatyczny i nikogo nie udaje. Tak po prostu miało być.
Zawsze nosi ze sobą wygięty folderek z najważniejszymi miejscami w okolicy. Używa go, żeby uroczym angielskim pokazać zagubiobym turystom, co dobrego można zobaczyć. Dom jest daleko, dlatego tuk-tuk stanowi jego schronienie, w nim również śpi ( pod dachem zwisał zwinięty hamak).
Zaproponował nam pobudkę o 5.00. Tak też wstaliśmy, a chłopak czekał na nas przed hotelem jeszcze przed czasem. Tam, gdzie rozstaliśmy się dnia poprzedniego. Powędrowaliśmy zatem naszym klekoczącym transportem do Ankhor Wat, gdzie w strategicznym miejscu poczekaliśmy na wschód słońca. Słońce wzeszło o 6.30, przedzierając się między strzelistymi wieżyczkami najsłynniejszej świątyni kambodżańskiego kompleksu. To był najpiękniejszy i jednocześnie najbardziej melancholijny wschód słońca w moim życiu.
[ciąg dalszy nastąpi]

Podaj dalej

  • http://www.blogger.com/profile/17039009653621645829 fenomenalnie

    Och taki smaczek… A gdzież więcej zdjęć?

    Podróże rozwijają to fakt… inne spojrzenie na otoczenie, drugiego człowieka i uczą pokory.

    • http://www.blogger.com/profile/01877793131179271592 Katarzyna Munzar

      Zdjecia z lustra bede publikowac z Polski, bo nie mam sprzetu ;)