Koh Lanta, trochę relaksu nikomu nie zaszkodziło

CAM00408
Dziś rano wsiedliśmy w klimatyzowanego busa (350 bahtów/os.), który w ciągu 4 godzin przewiózł nas na spokojną i bardzo zieloną wyspę – Koh Lantę. Podróż przebiegła bez zakłóceń, urozmaicona tylko dwoma przeprawami promowymi, które nie wymagały ewakuacji (co jest całkiem istotne, jak wyjesz z bólu po jednym dniu na słońcu).

Dotarliśmy do naszego resortu, Thai House Beach Resort, który usytuowany jest na zachodnim wybrzeżu wyspy, posiada bezpośredni dostęp do plaży i przemiłą brytyjską właścicielkę. Nasz bungalow pozbawiony jest luksusu. Nie ma klimatyzacji, nie jest w pełni kryty, ale za to bardzo czysty i posiada baldachimy przy każdym łóżku (co przy braku szczelności pokoju pozwala na spokojny sen bez świerszczy wielkości małego kotka). Cena za to bardzo luksusowa (1000 bahtów za cały 3-osobowy bungalow dziennie).
Pierwszy spacer na plażę i krótka kąpiel w ciepłym jak zupa morzu. Właścicielka zapewniła nas, że nie pływa w okolicy nic, co mogłoby chcieć nas zjeść lub choćby nadgryźć. Po dwóch kąpielach urazów brak ;)
Wzdłuż plaży rozciągają się klimatyczne puby, restauracje i kluby muzyczne. Jest dość drogo. Na pewno nie tak, jak w Europie, ale 22 zł za drinka to trochę za dużo, skoro można usiąść 2 metry dalej na plaży z Changiem za 5 zł prosto z supermarketu 7-eleven.
Skoro mowa o relaksie, dziś wybrałam masaż na pięknym bambusowym tarasie jakieś 5 metrów od brzegu morza. Wypróbowałam w Tajlandii już prawie wszystkie możliwe formy masażu i upewniam się w tym, że masaż stóp to to, co Munzarówny lubią najbardziej (150 bahtów za 30 min.) Do tego manicure i pedicure i… można uznać, że rozpoczął się prawdziwy odpoczynek!

Podaj dalej

  • http://www.blogger.com/profile/17039009653621645829 fenomenalnie

    <3