Lot do Malezji

wpid1687-wpid-gopr9117_1454431019662_low.jpg

Jest godzina 00:41. Leżę na łóżku, z którego widzę panoramę Kuala Lumpur. W pokoju jest ciemno, nasza ekipa już śpi. Ja też jestem zmęczona, ale sen nie przychodzi.

Po około 30 godzinach dotarliśmy na miejsce. Lot z Warszawy do Stambułu był bardzo stresujący. Mocne turbulencje wyprowadziły nas i część załogi Turkish Airlines ze strefy komfortu. Strachu trochę było, przez co pierwszy sen czekał mnie dopiero po jakichś 8 godzinach, w czasie lotu międzykontynentalnego.

5 godzin międzylądowania w Turcji minęło dość szybko. Zagrywaliśmy się w znakomitą planszówkę logiczną o nazwie Ingenious (Sławek, nigdy nie zawodzisz!). Ostatnia godzina to juz inna bajka, ponieważ wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam przy sobie ani paszportu, ani boarding passu. I tym razem nie ominęło mnie szczęście, bo wszystkie dokumenty znalazły się w biurze rzeczy znalezionych w ciągu 30 minut. Anioł stróż czuwa!

image

image

Drugi lot był już spokojniejszy. Udało się zregenerować umysł, obejrzeć dobry film i nastawić na nowy tryb: przygoda. Tym razem zatem te 10-11 godzin na pokładzie minęło zupełnie niezauważenie.

Lotnisko w Kuala Lumpur jest rzecz jasna ogromne. Pierwszy raz jechałam kolejką, która wozi pasażerów pomiędzy dwoma terminalami. Szybka zmiana odzieży wierzchniej w toalecie i… wychodzimy na zewnątrz. 31 stopni w powietrzu, słońce zamglone, schowane gdzieśn za chmurami, powietrze gęste i wilgotne. Kupujemy bilet prepaidowy na taksówkę do centrum (25 dolarów na 4 osoby) i kierujemy się do hotelu. Pan taksówkwrz trochę narzeka, że to jednak za mała kwota, bo to daleko (ponad 80 km do celu). Zabiera nas w końcu i raczy klimatyzacją w klimacie bezapelacyjnie arktycznym.

Kolację zjedliśmy w jednej z knajpek, przygotowujacej na ulicy dania z mieszanką z ryżu wypiekane na glinianych naczyniach. Zachęcił nas widok wielu miejscowych posilających się w tym miejscu, toteż pierwsze malezyjskie jedzenie zostało zainaugurowane. Potem krótki spacer i przypadkowa wizyta w… chińskim klubie nocnym z elementami domu publicznego. Co mam powiedzieć, wyglądało na karaoke i lokalną imprezę disco. Sami zobaczycie (fragment na facebooku). Dopiero po jakimś czasie bardzo sympatyczni barmani wytlumaczyli nam, na czym polega licytacja kolorowych wianków, noszonych przez wokalistki na scenie.

W zasadzie to nie wiem, dlaczego od opuszczenia lotniska nie widziałam innych białych turystów. Może to przyzwyczajenie z Bangkoku, może nasza część w centrum KL nie jest w ogóle turystyczna. To bardzo ciekawe, ale podczas pierwszego spaceru sami stanowiliśmy nie lada atrakcję turystyczną.

Cały czas się zastanawiam, jak to możliwe, że Malezyjczycy już od pierwszych minut kontaktu dają po sobie poznać, że to nie jest ten „tajski styl”. Trudno mi to wrażenie ubrać teraz w słowa, ale jest to na pewno bardziej naturalna relacja dla człowieka z Europy. Nie widzę naganiaczy, dość natrętnego sugerowania pewnych rozwiązań, traktowania turysty jako chodzącej sakwy na dolary. To jest dla mnie spore zaskoczenie, bo ludzie są ciekawi, skąd jesteśmy, ale ta ciekawość jest taka… czysta i szczera. Nie chcę dochodzić po kilku godzinach do zbytnich generalizacji (chociaż wyjątki potwierdzają regułę), ale ta różnica od razu wysuwa się na pierwszy plan. Czuję ulgę. To jest dobre miejsce.

image

Podaj dalej

  • http://www.dobregeny.pl/ Dobre Geny

    Kasia oooo widzę że stick Googla w użyciu :) i bardzo dobrze. Powiedz mi tylko jedno, jak to się stało, że zgubiłaś paszport? :) Pozdrówka dla ekipy i ahoj przygodo, masz jeszcze 21 dni!

    • niskoslodzona

      Ninka, paszport zostawiłam w toalecie, jak układałam wszystko, żeby nie zgubić…
      A selfie stick musieliśmy kupić specjalny dla GoPro ;(