Pierwsze kroki w Bangkoku

CAM00382

Opuściliśmy Bangkok po dwóch dniach. To optymalny czas na początek. Mimo tego że nie czuję, żebym przeżyła prawdziwy szok kulturowy, miasto pokazało mi dość okrutne reguły, które tu rządzą. Jesteś białym człowiekiem z Zachodu. Pachniesz dolarami i wykorzystam to przy najbliższej okazji. Będę udawać, że nie znam angielskiego, okłamię cię bądź pokażę najbardziej okrętną drogę do celu.
Z jednej strony uderza bieda i to, w jak ciężkich warunkach pracują i żyją tu przeciętni ludzie. Kierowcy tuk- tuk-ów, uliczni sprzedawcy, niepełnosprawni – przy nich nie opuszcza cię uczucie, że jesteś człowiekiem dosłownie z innego świata (jakkolwiek truizmem zaleciało). Bo jesteś z innego świata i czujesz zobowiązanie do tego, żeby nie targować się tak bardzo. Skoro płacę 4 zł za obiad, czemu nie dać 6 zł. Dając żebrakowi 20 bahtów (2 zł), fundujesz mu pełen posiłek.
Nie mija jednak dzień i zauważasz, że ta życzliwość i uśmiech ulatnia się dość szybko, jeśli coś nie pójdzie po myśli miejscowego. Kierowca utnie z tobą miłą pogawędkę, ale jeśli odmówisz drogiej wycieczki, którą spróbuje ci wcisnąć (udając tym samym, że źle zrozumiał adres, o który prosiłeś) pojawi się irytacja. Nie będzie jej krył do końca, chyba że na do widzenia polepszysz mu humor napiwkiem.
Generalnie trzeba wziąć poprawkę na to, że najbardziej rzetelne informacje znajdują się w przewodniku, na forum. Można spytać innego turystę, ale pytając lub zawierzając miejscowym, możesz się spodziewać ściemy (+ kilka przydatnych informacji, ale nigdy nie wiesz, gdzie w tej paczce czai się zonk).
To jest smutne. Nie płaczę za przepłaconymi bahtami ani nadrobionym kilometrem. To trochę boli, jeśli jesteś człowiekiem ufnym i z sercem na dłoni podchodzisz do świata, którego nie znasz. Koniec końców – pamiętaj – jesteś tu turystą. Białym turystą.
Wyjątki są i będę je bardzo miło wspominać. Widziałam uśmiechy, które spontanicznie odpowiadały na moj uśmiech. I prawdziwą wdzięczność. Myślę, że im dalej od miejsc, w których skupiają się turyści, tym łatwiej jest nawiązać czystą znajomość. Pogadać o życiu tutaj, tak po prostu, a tego mi bardzo zabrakło.
Zobaczymy – wracamy tu na ostatnie dwa dni. Mamy zamiar obejrzeć Pałac, Szmaragdowego Buddę (leżącego też) oraz największy pływający targ, który znajduje się pod miastem.
Z rzeczy, które radują to przede wszystkim:
– jedzenie
– ciuchy
– masaże tajskie
Każdą z tych rzeczy będę opisywać osobno, dlatego rozpisywać się teraz nie będę – pisanie na komórce do najwygodniejszych nie należy ;)
Mieszkaliśmy w uroczym hotelu Rambuttri Village przy cichej i przesympatycznej ulicy oddalonej od Khao San Road o jedną przecznicę. Tutaj – w odróżnieniu od Khao San – ludzi mniej, naganiaczy mniej i zdecydowanie spokojniej.
Wieczorem oczywiście ulica zaczyna tętnić życiem. Na zewnątrz pojawiają się rzędy leżaczków do masażu, mnożą się wózki i stragany z przeróżnymi pysznościami od pad thaia przez bardziej wyrafinowane potrawy, przekąski z robaków, owoce, naleśniki z bananem itd itd.
Odnośnie turystyki – eksplorowaliśmy głównie miasto i ulice. Z obiektów sakralnych widzieliśmy tylko Golden Mount (20 bahtów). Głównie skupiliśmy się na ciekawych dzielnicach ( Pat Pong – stolica prostytucji – o tym napiszę kiedyś – może ), Chinatown i innych pięknych miejscach, których nazw nie znam. Trzeba po prostu iść przed siebie i poszukać przygody ;)

Podaj dalej

  • http://www.blogger.com/profile/17039009653621645829 fenomenalnie

    więcej zdjęć prosimy! :)

  • http://www.blogger.com/profile/17039009653621645829 fenomenalnie

    I też tego niestety doświadczyliśmy z P. – próbują oszukać na każdym kroku, ale nie wszyscy… Ci zaprawieni w codzienności kierowcy i tuktukarze. Ale! Jest druga strona medalu :)
    Filmik "I hate Thailand" ładnie to obrazuje :)

    https://www.youtube.com/watch?v=54uzEouACYs

    • http://www.blogger.com/profile/01877793131179271592 Katarzyna Munzar

      Jutro obejrze koniecznie ;)

  • http://www.dobregeny.pl Dobre Geny

    Wow, ale przygoda! Musiało być bosko! Idę czytać dalej :)