Pożegnanie z Bangkokiem

IMG_20141222_161425
Ostatni dzień w Bangkoku rozpoczęliśmy od zwiedzania zespołów świątyń Szmaragdowego Buddy, Pałacu Królewskiego (ostatecznie nie weszliśmy do środka – 500 bahtów za bilet i perspektywa przedzierania się przez chore tłumy turystów jakoś mnie nie powaliła na kolana). Najważniejsze jednak, że tam dotarliśmy fizycznie.

Wobec dziesiątek „naganiaczy”, którzy w drodze do świątyń próbują cię przekonać, że są dziś zamknięte i wielkodusznie wsadzają do tuk-tuka proponując „fajniejsze” miejsca – stało się to prawdziwym wyzwaniem. Po prostu przejście tego kilometra z Khao San Road jest trudne i wymaga nietuzinkowej asertywności.

Dużo lepszym miejscem okazało się Wat Pho, czyli Świątynia Leżącego Buddy. To jedna z największych i najstarszych świątyń w Tajlandii i robi niemałe wrażenie. Turystów jest nadal bardzo dużo, ale nie aż tylu ilu widzieliśmy w poprzednim miejscu.
Wstęp kosztuje 100 bahtów i pozwala na zwiedzanie całego kompleksu budynków, które wyglądały nie mniej majestatycznie niż w zespole pałacowym. Warto pospacerować i znaleźć kąt, w którym modlą się Tajowie. Udało mi się przyklęknąć w takim miejscu i przez dłuższy czas wsłuchiwać w gorliwą modlitwę starszej kobiety. Robi to wrażenie.
Do Wat Pho można spokojnie udać się spacerem z Pałacu – wbrew zapewnieniom „przechodniów”, że jest to daleko i na pewno się zgubimy.
Popołudnie poświęciliśmy na zakup ostatnich prezentów dla rodziny i znajomych. Wybraliśmy też trochę ubrań, które wyglądały na pożądniejsze (na metkach z zasady wszędzie jest 100% COTTON).
Zdążyłam już zauważyć, że jakościowo większość tych rzeczy ma tragicznie krótką żywotność. Zawsze staram się zwracać uwagę na szycie, ale obydwie pary pięknych szarawarów, które kupiłam po przyjeździe (ok. 200 bahtów/szt.) roszeszły się po kilku dniach we wszystkich możliwych szwach. Tak samo śliczne bawełniane topy (100 bahtów/szt.) po pierwszym praniu straciły na swojej świetności.
Po szybkich zakupach postanowiłam skorzystać z ostatniego słońca, jakie miało mnie ogrzewać w Tajlandii. W naszym cudnym hotelu Rambuttri Village miałam do wyboru dwa baseniki na dachu. Kiedy już tam trafiłam, pożałowałam, że na koniec nie było nam dane poleniuchować z 2/3 dni i najzwyczajniej w świecie poleniuchować na leżaku. Cudownie było się schłodzić, położyć z książeczką, zerkając co jakiś czas na panoramę Bangkoku. Jednostajny szum miasta przerywał tylko co jakiś czas dzwięk modlitwy z pobliskiego meczetu, który rozchodził się po dachach domów na kilka kilometrów co najmniej.
Po zmroku wróciliśmy w okolice rzeki, żeby zobaczyć z oddali podświetloną Temple od Dawn. Przy okazji trafiliśmy na wielki ogród pełen iluminacji świątecznych (Wilanów by się nie powstydził). Natrafiła się zatem świetna okazja do selfie w świątecznym klimacie ;)
Wieczór to ostatni Pad Thai na ulicy – zdecydowanie najlepszy po zmroku u pana naprzeciw Rambuttri Plaza. Następnie ostatni masaż tajski – na koniec zdecydowałam się na godzinny tradycyjny tajski, polegający na dość bolesnym ale uzdrawiającym ugniataniu kolejnych patrii ciała.
Lekki smutek mieszał się z nadzieją. Tak naprawdę bardzo tęskniłam za domem. Miałam już dosyć zapachu tajskiej ulicy, hałasu Bangkoku i ciągłego zaczepiania na ulicy. Wiedziałam, że jeszcze tu kiedyś wrócę, ale mój czas na teraz dobiegł końca. Zaczęłam się pakować z nadzieją, że uda mi się usnąć przed porannym lotem do Istanbule.

Podaj dalej

  • http://www.blogger.com/profile/17039009653621645829 fenomenalnie

    <3 musimy się spotkać ! Mogę ugotować pomidorówkę specjalnie dla Was :D

  • http://www.blogger.com/profile/06683420190756796792 Marcelka

    Haha ależ to musiało być irytujące jak Was tak zaczepiali na ulicy :p