[Pomysł na weekend] Tatry

IMG_7056

W tym roku razem z Maćkiem postawiliśmy na turystykę krajową. Trochę ze względów finansowych, ale głównie – żeby odświeżyć miejsca, które kochamy, a nie były od dawna należnie traktowane.

Pierwszy wpis z cyklu [Pomysł na weekend] poświęcam Tatrom. Trzydniowy wypad trekkingowy do Zakopanego kończę w nastrojowej kawiarni przy Krupówkach, pisząc szkic tego tekstu i podsumowując ostatnie 48 godzin.

IMG_6999

Z Maćkiem nad Morskim Okiem

Od kiedy pamiętam, kocham góry. Wygrywają z klimatami nadmorskimi i pojezierzami. Kiedyś powiedziałam, że jak dane mi będzie pomieszkać w miejscu, w którym góry stykają sie z morzem, będę gotowa umierać. No cóż… takie okazje miałam co najmniej dwie. Pracując na Krecie i urlopując się w Tajlandii. Jakby co, jeśli na coś już jestem gotowa, to tylko na więcej.

Wracając do Tatr, trekkingowe atrakcje okolic Zakopanego były mi znane w stopniu praktycznie zerowym. Dolinki, spacerki do Morskiego Oka z trekkingiem niewiele miały wspólnego. Bieszczady przeszłam z plecakiem we wszystkie strony i czekałam, aż znajdzie się ekipa, z którą warto będzie spróbować sił w innych górach (które wymagają trochę innego przygotowania i oferują inny rodzaj ekscytacji). Ekipę znalazłam po paru latach i z tego miejsca pozdrawiam ciepło tych, którzy w ostatniej chwili musieli się wycofać – następnym razem!

W ciągu dwóch dni pokonaliśmy pieszo z plecakami 26,45 kilometrów. Zaczęliśmy od marszu w kierunku Morskiego Oka, wspięliśmy się do Czarnego Stawu pod Rysami, po czym doczłapaliśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich niebieskim szlakiem. Tam czekał nas nocleg w schronisku. Drugiego dnia wróciliśmy do punktu wyjścia tj. Łysej Polany zielonym szlakiem, podziwiając po drodze wodospad Siklawa.

Maciek z Doliną Pięciu Stawów w tle

Może brzmi banalnie, jeśli znacie te odcinki. Nie ma łańcuchów ani spektakularnego przechyłu. Zalapaliśmy się jednak na śnieg. Prawdziwą zimę, która wciąż trwa tam na górze. Śnieg o różnej konsystencji i warstwie. Śnieg zmrożony, który zapada się na wysokość uda. Warunki, w których nagle zaczynasz rozumieć, po co w górach przydają się raki. Do tego ekstremalne zmęczenie i świadomość, że nie ma odwrotu. Nie oglądać się w dół (zwłaszcza jeśli po 26 latach życia odkrywasz drzemiący w swoim umyśle lęk wysokości).

IMG_7051

Czarny Staw pod Rysami

Czarny Staw i 3/4 trasy niebieskiej do Doliny Pięciu Stawów przebyłam z godnością. Minęliśmy dziesiątki „weekendowych turystów” popylających po zmrożonych zboczach górskich w converse’ach. Totalny brak wyobraźni – myślałam. Jak spuchniesz, to nie leć w moją stronę.

Jakieś cztery godziny później to ja spuchłam i spanikowałam. Jedna z ostatnich grani w śniegu, tak niedaleko schroniska. Tak strasznie zmęczone ciało, drżące kolana i dłonie tak odrętwiałe, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie zejdą razem z rękawiczkami.

Pokonałam paraliżujący strach, ale poznałam też swoją granicę. Wiem, że na ośnieżony szlak nie wejdę bez kijków i raków. Nie wyobrażam sobie kolejnego podejścia (ani tego sobotniego) bez Maćka i Doroty. Każde z nich odegrało w tym dniu szczególną rolę. Nawzajem się wspieraliśmy, kiedy na horyzoncie pojawiał się odcinek, którego mogły nie pokonać zmęczone mięśnie, nadwyrężone kolana czy po prostu psychika.

Te trasy pokonały w weekend dziesiątki turystów. Oceniam, że mniej więcej połowa miała specjalistyczny sprzęt, połowa drugiej połowy przynajmniej odpowiednie buty, spodnie, rękawiczki (jak my), a reszta radziła sobie w trampkach – co budzi moje niedowierzanie, bo bez odpowiedniej podeszwy bym się popłakała z bólu po godzinie wędrówki. Co mogliśmy zrobić lepiej? Na pewno lepszy research dotyczący wybranych tras i warunków pogodowych. Pogoda nam sprzyjała, słońce świeciło i grzało w poliki – mimo wszystko mogliśmy się lepiej przygotować na śnieg.

IMG_7001

Czarny Staw pod Rysami

Jak by nie było, dotarcie do schroniska przy Dolinie Pięciu Stawów przyjęłam z euforią. To ciepełko, pyszne jedzenie i grzaniec!! Tak niewiele brakowało do szczęścia. A szczęście było na wyciągnięcie ręki! Po 4 godzinach wędrówki szlakiem, który w normalnych warunkach szacowany jest na 2 godziny – czułam się jak zdobywca. Co prawda, trochę rozedrgany, cały posiniaczony i obolały, ale zdobywca.

Szpiglasowa Przełęcz zostaje zatem do przejścia następnym razem, podobnie jak Orla Perć (na którą jeszcze do końca się nie zdecydowałam). Powrót zieloną trasą był już dość lightowy. Kilka trudniejszych odcinków po długim i smacznym śnie przyjęłam spokojnie, z maksymalną koncentracją.

IMG_7008

Czarny Staw pod Rysami

Druga noc już w Zakopanem. Odrobina luksusu i sauna, która postawiła mnie z powrotem na nogi, żeby w ciągu następnych dwóch godzin odciąć prąd w trakcie spożywania kolacji.

Wracam do Warszawy Polskim Busem. Przeglądam zdjęcia i już mi smutno, że tak szybko minęło. Drogie Tatry, wracam za jakiś czas. Pewnie na dłużej.

 

Podaj dalej