Zakochaj się w Bieszczadach [1/2]

11036260_10204443105056225_5808395152990777949_n

Do miłości nie trzeba nikogo namawiać. Albo zaskoczy, albo nie. Ta bieszczadzka zaskoczyła bardzo szybko. Przez ten czas zmieniały się inne miłości, zmieniali się przyjaciele. Ta jedna została.

Po jakichś sześciu latach przerwy wróciłam w Bieszczady na urlop. Tatrzańska przygoda minionej majówki przypomniała mi o tym, jak bardzo zatęskniłam za połoninami. Także, jak wspomniałam, namawiać nie będę. Pokażę Ci tylko moją autorską receptę na perfekcyjny urlop na łonie natury.

 

1. Wsiąść do pociągu

Bieszczady nie są najlepiej skomunikowanym rejonem Polski. O ile Tatry leżą na wyciągnięcie ręki praktycznie każdym środkiem lokomocji – tu nie dostaniesz się pociągiem, a busem – w dość ograniczonym zakresie. Ponieważ auta nie posiadam z wyboru, złapaliśmy z Maćkiem nocnego busa z Warszawy do Sanoka (linie NEOBUS), następnie wsiedliśmy w pierwszego PKS-a do Ustrzyk Górnych, kończąc podróż spontanicznym stopem do Chmiela.

Czy auto jest w Bieszczadach niezbędne? Na pewno przydatne. Łapanie autostopu w tych okolicach nie jest niczym nadzwyczajnym. Jeśli jednak nie chcesz się przejmować godziną, o której zejdziesz ze szlaku górskiego, czym wrócisz i czy za dnia – polecam zabrać się przynajmniej ze zmotoryzowanymi znajomymi. My auta nie mieliśmy i powiem szczerze, że mimo pewnych komplikacji, dzięki podwózkom zawarliśmy kilka fantastycznych znajomości.

Warto jednak pamiętać, że jeśli nocujesz w kwaterze mocno oddalonej od głównej trasy (jak np. Chmiel, Nasiczne, Dwernik, Zatwarnica), o regularnym busiku możesz pomarzyć.

2. Spakować najważniejsze

Bieszczady to nie Tatry, fakt. Są to jednak nadal góry i należy przy wędrówkach uzbroić się w odrobinę pokory. Górskie buty z odpowiednią podeszwą – obowiązkowo. Do tego wygodne ciuchy, najlepiej te, które chronią przed wiatrem i szybko wysychają. Koniecznie kurtka lub płaszcz przeciwdeszczowy.

Na szlak wybieraj się zawsze z zapasem wody, batonikiem energetycznym i prowiantem. Nigdy nie wiesz, czy pogoda nie spłata Ci figla. Ubita skarpa w mocnym deszczu staje się śliskim bajorkiem. Śliskie liście, śliskie kamienie – nic fajnego.

Dodatkowo zabieramy mapę (w Bieszczadach można kupić praktycznie w każdym sklepie czy schronisku), małą apteczkę (plastry, bandaż, coś do dezynfekcji itp.).

Ja skorzystałam w tym roku również z GPSa w smartfonie. Jeden ze szlaków zgubiliśmy i z powodzeniem znaleźliśmy odpowiedni kierunek dzięki nawigacji połączonej z prymitywną mapką, którą udało mi się ściągnąć przy słabym transferze danych.

3. Dosiąść wierzchowca

Tegoroczny plan zakładał spełnienie jednego zaległego marzenia. Jazda konna przez góry, górski teren przemierzany galopem. Zachęcona jazdą w stylu western wybrałam najodpowiedniejsze miejsce z możliwych, Ośrodek Górskiej Turystyki Jeździeckiej „U Prezesa” w Chmielu. Sporo dobrego słyszałam o nim wcześniej, nie tylko pod kątem jazdy w stylu west, ale ogólnie pojętej nauki i doskonalenia jazdy, podejścia do koni i warunków, w jakich żyją te piękne zwierzęta.

4. Zażyć lenistwa

Również ten punkt znalazł swoje spełnienie w tym samym miejscu. „U Prezesa” można nie tylko bajecznie przemieszkać swój urlop, ale też zasmakować domowego jedzenia kosmicznej jakości w niemniej kosmicznych ilościach. Uwaga zatem na linię – moja dieta cofnęła się w tydzień o pewne kilka kilogramów. Odważę się powiedzieć, że było warto!

View this post on Instagram

#bieszczady #uprezesa #wakacje #urlop #chmiel

A post shared by Niskoslodzona.pl (@nisko_slodzona) on

View this post on Instagram

Daje radę. #bieszczady #uprezesa #chmiel

A post shared by Niskoslodzona.pl (@nisko_slodzona) on

Oprócz tego znalazłam tu kilka bezbłędnych elementów, gwarantujących dobrze spożytkowaną labę:

  • hamak do drzemek poobiednich
  • bambusowe leżaki do zanurzania się w arcyciekawej lekturze
  • sala kominkowa do bumelowania w pomieszczeniu wtedy, kiedy na zewnątrz za zimno

Ciąg dalszy nastąpi!

Podaj dalej